MONIKA BRODKA
Dorastała w małej miejscowości koło Żywca i jak sama wspomina, wszyscy w jej
rodzinie zajmowali się muzyką. Ona sama skończyła podstawową szkołę muzyczną w
klasie skrzypiec i wraz z ludowymi zespołami objechała świat. Teraz ma wreszcie
szanse popracować na własne konto.
Z gór Brodka wyniosła muzyczną wrażliwość i zadziorny charakter – potrafi
walczyć o swoje i konsekwentnie dążyć do celu. Pomimo młodego wieku jest
postacią na tyle wyrazistą, że trudno ją będzie wtłoczyć w którykolwiek ze
stereotypów: "artystki z gór", "Idola", "młodej debiutantki w świecie
show-biznesu".
Jako swe idolki wymienia Erykę Badu, Jill Scott i Lauryn Hill – trzy niezwykłe
artystki, które odświeżyły szlachetną soulową tradycję po latach dominacji div,
które ekspresję pomyliły z manifestacją technicznej wirtuozerii. "Warszawski
koncert Eryki Badu rozłożył mnie na łopatki. Erykah utwierdziła mnie tylko w
przekonaniu, że warto walczyć o swoje" - mówi. Po chwili dodaje: "A - jeszcze
muszę wspomnieć o Me'Shell NdegéOcello. Ją cenię za to, że oprócz tego, że
świetnie śpiewa, gra również na wielu instrumentach i sama produkuje swe płyty.
Ja też bym kiedyś tak chciała".
Brodka do pracy nad swą pierwszą płytą podeszła bardzo poważnie - jest
współautorką paru kompozycji, kilka napisał zaś dla niej Bogdan Kondracki, wraz
z którym odpowiada też za produkcję albumu. Oprócz nowych piosenek wspólnie
przygotowali też wersje kilku soulowych klasyków sprzed kilkudziesięciu lat.
Jak mówi Monika "wiem, że mam czas, by kształcić swój talent kompozycyjny. Na
razie chcę pokazać się głównie jako wokalistka".
Warto nadmienić, że Brodka uczestniczyła dwukrotnie w warsztatach wokalistyki
jazzowej, prowadzonej w Krakowie przez słynnego amerykańskiego nauczyciela
Geralda Trottmana, który współpracował z m.in. z Mariah Carey czy Whitney
Houston. "Na szczęście jego styl przypominał raczej Bobba McFerrina…" - wspomina
Monika "i wiele mogłam się nauczyć".
Wśród utworów na płycie niewiele jest "oczywistych" klasyków - jeśli Al Green to
nie "Let’s Stay Together", ale równie znakomity, choć mniej znany "Dream", jeśli
Marvin Gaye - to z pewnością nie "Mercy Mercy Me" czy "Let’s Get It On", ale
mniej ograne "Inner City Blues". "Chciałam, by na mojej płycie pojawiły się
takie kawałki, których nikt dawno nie przypominał" - mówi Monika. Wyjątkiem jest
Lenny Kravitz "It Ain't Over…" - utwór stosunkowo nowy - Brodka tłumaczy
przekornie: "Lenny to Lenny. Chyba nie znam dziewczyny, która nie przyznałaby,
że ma do niego słabość".
Przyznaje, że zmierzenie się z repertuarem dawnych mistrzów było dla niej dużym
wyzwaniem, ale tłumaczy zarazem:
"Dla mnie soul to nie wirtuozerskie popisy wokalne w kilku oktawach, ale muzyka
duszy. Stąd pomysł na nowe wersje starych piosenek". Utwory wybierali razem z
Bogdanem - "ja zaczęłam powiększać swoją kolekcję starych płyty dzięki Eryce
Badu czy Lauryn Hill, a Bodzio zawsze mówił z niezwykłym szacunkiem o Marvinie
Gaye’u czy Alu Greenie. Więc teraz razem szperamy w starociach".
Ostatnie miesiące to dla niej czas niezwykle intensywnych zmian: przenosiny do
Warszawy, zmiana szkoły, kręgu znajomych, rytmu życia. No i zetknięcie ze
światem show-biznesu, które znosi dzielnie i z dużym dystansem.
"Na szczęście płyty Eryki Badu czy Marvina Gaye’a tak samo dobrze brzmią w Żywcu
jak i w Warszawie" - śmieje się Brodka.
Po chwili dodaje "Gdybym mieszkała wciąż w górach nie spotkałabym takich ludzi
jak Bogdan. Może nikt nie powiedziałby mu, że ja chciałam nagrać "czarną" płytę,
ja nie wiedziałabym, że on ekscytuje się soulową klasyką i hip hopem i bardzo
chce spróbować swych sił w takich klimatach. To cudowny zbieg okoliczności".